O tym jak warto po Bieszczadach na rowerze
Zapraszam na krótki opis z mojego pięciodniowego wypadu rowerowego po Bieszczadach. Ilustrowany zdjęciami tekst o miejscach i trasach, jakie odwiedziłem. Opis ten traktuję w zasadzie, jako luźną relację z mojego wypadu rowerowego a tym samym chciałbym zachęcić wszystkich miłośników rowerów do odwiedzenia jednego z piękniejszych górskich zakątków naszego kraju. Mamy tutaj do dyspozycji przygotowane liczne trasy rowerowe o zróżnicowanym stopniu trudności, sporą ilość szlaków pieszych poza terenami parku, która również doskonale nadaje się do eksploracji rowerem. Przepiękne rejony górskie, liczne strumienie, które ugaszą nasze pragnienie w trakcie wycieczek, szałasy, noclegownie, schrony, wiaty i schroniska do dyspozycji.
Dzień 1 – Szwejkowe wariacje
Radoszyce – czarny szlak Szwejkowy – niebieski szlak do Nowego Łupkowa – Smolnik - Rabe
Dystans 35km
Pierwszy dzień zmagań rowerowych z trasami bieszczadzkimi, w zasadzie późny start, który zaplanowałem z miejscowości Radoszyce tuż koło Komańczy. Mój wybór padł na ten rejon z czystej ciekawości i chęci poznania mało uczęszczanego i zupełnie nieznanego mi czarnego szlaku „Szwejkowego”, który swój początek ma zaraz przy granicy polsko – słowackiej. Samochód zostawiam na podwórku miłego gospodarze w Radoszycach i dalej wspinam się mozolnie serpentynami na szczyt Przeł Beskid. Początek trasy jest całkiem obiecujący.

Tymczasem już moment po poważnym wkręceniu się na szlak spotykają mnie pierwsze niespodzianki, dodam dość niemiłe dla turysty rowerowego. Liczne powalone drzewa, przez które mozolnie trzeba przenosić rower. Generalnie niema się, co rozpisywać, szlak dla dwukołowca praktycznie nie przejezdny, zapuszczony, masy powalonych drzew, połamanych gałęzi, miejscami spore błoto pomimo dość suchych dni. Są również momenty gdzie łatwo jest po prostu przeoczyć szlak i zapędzić się za daleko. Ku ewentualnej uwadze polecam słupek graniczny numer 92/1 gdzie czarny szlak odbija od czerwonego i dalej prowadzi w las w stronę Nowego Łupkowa. W zasadzie przez 2/3 drogi i tak prowadzę rower nie powiem, że nie wkurzony na siebie za feralny początek, widoków zero, nudno i nic się nie dzieje ;-) Fajnych widoczków musiałem poszukać pod nogami
Po odbiciu od czerwonego szlaku można powiedzieć, że jest coraz trudniej w odniesieniu do rowerowej wycieczki, dla pieszych szlak ten raczej nie przysporzy wielu problemów. Sęk w tym, że rower wyznacza trochę inne standardy przemieszczania się po górach. Pół godziny później wychodzę z lasu na zachęcająco wyglądające łąki i tutaj z premedytacją porzucam czarny szlak Szwejkowy na rzecz niebieskiego prowadzącego w prostej linii do Nowego Łupkowa. Przy okazji rozkoszuje się pierwszymi tego dnia pięknymi widokami.
Nurtuje mnie zarazem pytanie gdzie się podziała wiosna patrząc na linię lasu i próżno jej wyglądając.
Nowy Łupków wpisuje do swojej prywatnej bazy kultowych bieszczadzkich miejscowości, dlaczego zaraz postaram się pokazać i wyjaśnić. Na dzień dobry po wyjechaniu z lasu witają mnie smętne pozostałości po dawnych czasach świetności (jakakolwiek by ona nie była) PKP.
Szkoda wielka rzec by można, byłoby cudownie móc przyjechać w te rejony pociągiem, wysiąść na stacji, wsiąść na rower i pognać w Bieszczady… Może kiedyś.
Chwile po ruinie stacji kolejowej wpadam na zdewastowane pozostałości po dawnym PGR
Przed oczami jako żywo stają mi obrazki słowem malowane w „Opowieściach Galicyjskich” Andrzeja Stasiuka. Chwila nostalgii i refleksji, rzut oka do kompletu na zakład karny oraz jakąś spelunę i mknę dalej niebieskim szlakiem do Smolnika gdzie znowu ląduję na czarnym szlaku Szwejkowym w kierunku Duszatynia. W tym rejonie przy okazji polecam zaopatrzyć się w sery wyrabiane przez miejscowych, doskonałe wyroby i wyborne w smaku. Pierwotnie moim celem była Chryszczata i nocleg na jej szczycie. Trzy kilometry dalej rewiduje swoje plany mierząc siły na zamiary biorąc również pod uwagę dość już późną porę i pokornie odbijam w Mikowie parę kilometrów przed Duszatyniem na szutrówkę, która ostatecznie prowadzi mnie do pustej o tej porze roku bazy studenckiej w Rabe. Tam planuję nocleg. Nie mam już sił a godzina 18:00 wyklucza dotarcie na Chryszczatą przed nocą… Na pokrzepienie i poprawę humoru natura funduje mi śliczny zachód słońca oglądany z Przeł. Żebrak.

Smolnik - zachowane resztki po kolejce wąskotorowej

Czyż dla takich chwil nie jest warto żyć ?
W Rabe rozpalam ognisko i przygotowuje sobie solidną porcje pomidorówki z torebki z kawałkami buncu i chlebem. Nie spodziewałem się przy okazji, że zwykła zupa z torebki może tak bardzo smakować i dać tyle frajdy ;-) Na zwieńczenie dzisiejszego dnia fantastyczny widok nocnego rozgwieżdżonego nieba oraz kilka spadających „gwiazd”.

PODSUMOWANIE:
- 35 km / 6 godzin
- Trudność 5/10
- Upierdliwość: za szlak Szwejka i noszenie roweru 7,5/10
- Plany: wziąć się za kondycję
Dzień 2 – Cień Szwejka, zjazdy i Łopienka
Rabe – żółty szlak prowadzący do czerwonego w stronę Cisnej – czerwony do Cisnej – Łopienka – wiata w Łopience
Dystans 40km
Jest późny wieczór, wielki finał w Łopience - moim ulubionym szałasie, błogostan, popijam gorącą herbatę parzoną w ognisku, zajadam smażoną kiełbasę, jest ciepło i cicho. Zmęczenie oscyluje w okolicy 7 w skali dziesięciostopniowej ;-) Ale zacznę może od początku…
Noc w Rabe była bardzo zimna, przygotowałem zapas drewna i grzeje się przy kominku w chacie próbując jakoś dociągnąć do rana. Przy okazji zawsze i niezmiennie polecam serdecznie odwiedzić pustą o tej porze roku bazę studencką w Rabe. Poza sezonem praktycznie nikłe szanse na spotkanie tutaj jakiegoś żywego ducha. Nawet jeśli na kogoś wpadniemy możemy być raczej pewni, że będzie to ciekawe spotkanie.

Muszę przyznać, że drugi dzień do godziny 12: 00 upłynął pod znakiem błogiego lenistwa, korzystam z pięknej pogody. Start o godzinie 12:30 bardzo ambitnie wybieram żółty szlak mając jeszcze do wyboru prostą szutrówkę i kieruję się do szlaku czerwonego na paśmie Chryszczatej. Po około 20 minutach przeklinam swoją fatalną decyzję i zdesperowany uparcie prę pod prawie pionową górę znowu dźwigając około 18 kilogramowy objuczony rower nad licznie powalonymi drzewami. Przy okazji cień wspomnień wczorajszego szlaku Szwejkowego krąży mi jak widmo nad głową. Nie wiem co się wydarzyło w tym rejonie, ale musiał to być jakiś kataklizm. Nie przypominam sobie takiej ilości połamanych drzew z poprzednich wędrówek, być może też pieszo po prostu nie zwracałem na nie uwagi. Kto wie? Przy okazji trasę nominalnie godzinną pokonuję w prawie w dwie godziny… Na następną wyprawę zabieram i troczę do roweru piłę spalinową… Na szczycie wita mnie piękny, zadbany i czyściutki dobrze przejezdny czerwony szlak


To już widok na czerwony szlak, prawda, że sympatycznie
Uwaga: przydatna informacja, od bazy studenckiej spokojnie możemy udać się szutrówką i po około max 30 minutach bezstresowo wskoczyć na czerwony szlak. Osobiście obiecałem sobie następnym razem palnąć się czymś w głowę, kiedy znowu nabiorę ambicji na jakieś wyzwania…
Czerwony szlak do Cisnej jest wyśmienity, mamy tutaj kilka świetnych zjazdów dających nieco adrenaliny, przy czym kilka z nich jest mocno technicznych, więc uwaga. Przyzwoity rower oraz pewne umiejętności zjazdowe są raczej konieczne. Luźne spore kamienie, patyki i stromizny.
Stopień trudności zjazdów 7/10
Przemieszczając się czerwonym znalazłem tego dnia odpowiedź na wczorajsze pytanie; co z tą wiosną?
Przyjdzie – zaraz jak tylko pożegna nas ostatecznie zima :-)



fragment czerwonego szlaku pokryty śniegiem



Jazda z objuczonym rowerem, z dość sporawym plecakiem na plecach nie należy do najprzyjemniejszych i łatwych, zatem tego dnia nie obyło się bez paru spektakularnych gleb. Nowe szlify na rękach i nogach dołączą do starej kolekcji. Przy okazji może ktoś znajdzie na trasie do Cisnej spory litrowy bidon i czapkę pod kask z windstopera ; -) Chętnie je przygarnę z powrotem.
Z Cisnej po odbudowaniu zapasów jedzenia oraz pogawędce z bywalcami spożywczego, która rzuca mi nieco światła na losy Niedźwiedzia pustelnika z Łopienki udaje się dalej drogą asfaltową na Buk i w prostej linii do Łopienki pod cerkiew. Tak jak wcześniej przewidywałem docieram już nocą i w swoim zmęczeniu popełniam błąd kierując się do wiaty na pamięć. Pamięć bywa niestety omylna i ostatecznie błądząc godzinę po okolicy docieram do wiaty o 22:00 wieczorem. Dość solidnie wyczerpany. Fantastyczne zwieńczenie dnia, przed kominkiem, znowu w samotności, solidny posiłek i chwila snucia planów na następny dzień oraz zasłużony odpoczynek. Tym razem noc jest już stosunkowo ciepła.

Łopienka
PODSUMOWANIE:
- 40Km / 9 godzin z odpoczynkami, błądzeniem po nocy i kontemplacją
- Trudność 5/10 – zjazdy 7/10
- Wnioski: olewać ambicje, wiążać swoje rzeczy do plecka i roweru J
- Upierdliwość: żółtego szlaku 9/10
Dzień 3 – Kocham dolinę Sanu :)
Łopienka – Sine Wiry – Dolina Sanu – rezerwat Hulskie (szałas)
Dystans 47km
Poranek w Łopience jest fantastycznie słoneczny, chyba ostatni taki dzień pogody. Znowu trochę marudzę i tak niema się, co spieszyć, 10 godzin na rowerze po górach nie uciągnę na pewno. Wspominam dawne miło spędzone chwile w szałasie, parę minut rozmyślań poświęcam Niedźwiedziowi bieszczadzkiemu, pustelnikowi, który pomieszkiwał parę lat temu tutaj. Marzeniem Niedźwiedzia było kupić sobie kilka hucułów i z tego, co się rozeznałem wśród miejscowych ludzi faktycznie kupił dość spore stado koni. Niestety zwierzaki pasły się w zasadzie samopas, zimą nie miały schronienia, stały na śniegu. Ktoś ostatecznie w gminie zainteresował się sprawą i konie zostały odebrane Niedźwiedziowi. Od tej pory nieznane są jego dalsze losy. Na koniec wracam do obserwacji otoczenia i moich poszukiwań wiosny, która jednak jest prawie wszędzie na wyciągnięcie ręki ; -) wystarczy tylko chcieć zobaczyć.


Rychtuje rower, który bardzo dzielnie się spisuje jak do tej pory, upycham kolejny raz swoje graty do plecaka patrząc po raz niewiadomo, który na rzeczy, które spokojnie mogły zostać w domu. Plan na dzisiejszą trasę nie jest skomplikowany, z Łopienki kieruje się szutrówką na Sine Wiry, spędzam tam krótką chwilę i jadę dalej w kierunku wsi Kalnica ostatni raz przed świętami uzupełnić zapasy. Wracam do mostu na Wetlince i wskakuje na szutrówkę, która prowadzi mnie prosto w stronę Tworylnego i mostu w dolinie Sanu. Bardzo łatwy i przyjemny szlak rowerowy na którego końcu czeka nas fantastyczny szybki zjazd do samego Sanu. Vmax około 67 km/h mówi sam za siebie. Podziwiam po drodze przepiękne widoki w tej części doliny Sanu, której nie miałem jeszcze przyjemności zobaczyć, aż wstyd przyznać. Naprawdę polecam odwiedzić te miejsca. W szczególności warto przyjechać tutaj na rowerze.
Nie wiedziałem, że Bieszczady można pokochać jeszcze bardziej…

Sine Wiry

Sine Wiry

Widoki gdzieś za Sinymi Wirami w okolicy Zawoju

Widoki gdzieś za Sinymi Wirami w okolicy Zawoju

Wygodna szutróweczka prowadząca do doliny Sanu przy czarnym szlaku rowerowym
Około 5 kilometrów za mostem chwile za punktem widokowym nad Tworylnem odbijam z Drogi w dolinie Sanu na szutrówkę prowadzącą prosto do niebieskiego szlaku na Otryt. Nocuje w szałasie w lesie w rezerwacie Hulskie. Szałas przyjemny w razie, czego uchroni przed deszczem, jest również możliwość rozpalenia niewielkiego ogniska pod zadaszeniem.

Koryto Sanu z mostu

Dolina Sanu




Tworylne widziane z punktu widokowego

Tworylne widziane z punktu widokowego

San w okolicy Tworylnego
Niestety dzisiejszy dzień kolejny raz przynosi mi bardzo Smutne refleksje nad przyszłością pięknych lasów bieszczadzkich. Nie znam się na gospodarce leśnej, ale moje obserwacje są raczej alarmujące. Wycinka lasów idzie pełną parą. Na terenie Bieszczadów smolarni przybywa jak grzybów po deszczu. W Łopience kilka lat temu było ich około dwie trzy teraz jest chyba sześć a takich przykładów można mnożyć. Lasy zdewastowane przez niezliczoną ilość drwali, ciężki sprzęt, który ora i wycina bezlitośnie dziesiątki dróg ścinkowych, które następnie zostawione same sobie zamieniają się rozmyte w strugach deszczu kaniony. Zdewastowane, zdziesiątkowane wycinką drzewa, stoki górskie świecące pustką, zostają tylko sterty nikomu niepotrzebnych gałęzi oraz smętnie przerzedzone lasy. Widok mrożący krew w żyłach. Nie wiem, do czego to ostatecznie prowadzi, ale jeszcze 5 – 10 lat takiej praktyki drogie Panie i Panowie a nasze Bieszczady zmienią się w paliwo do grillów… Będziemy sobie je kupowali porcjowane w sklepach i na stacjach benzynowych w workach… A lasy zobaczymy tylko na nielicznych terenach parków… Nie wiem obym się mylił, niemniej jednak relacje miejscowych potwierdzają moje obawy. W nadleśnictwach panują układy i układziki, swoimi korzeniami sięgające jeszcze do czasów komuny. Struktura organizacyjna nie do ruszenia. Rodzinne układziki i spore pieniądze.

Wypalarnie w okolicy Łopienki

Takie widoki to powoli norma prawie na każdym kroku

Spustoszenia na stokach Otrytu

Przykład wyrytych w lesie dróg do zwózki drewna, setki takich smetnych widoków
Ech łza się w oku kręci.
PODSUMOWANIE:
- 47km troche asfaltu, trochę szutrów
- Trudność: 3/10
- Upierdliwość 0/10
- Plany: kupić wygodniejsze siodło do roweru :)
Dzień 4 – Spełnianie marzeń
Pasmo Otrytu – Chata Socjologa – Dwernik – Caryńskie (Koliba) – żółtym do Bereżek – Muczne – Tarnawa Niżna – Beniowa
Dystans 59km
Pobudka i start z rana tym razem około 9:00, ładna pogoda powoli się kończy, niebo zachmurzone a ja spodziewam się nawet deszczu. Ciągnę od razu szutrówką na szczyt pasma Otrytu i wskakuję na niebieski szlak w stronę Chaty Socjologa. Po drodze marzę choćby o kropli wody, bo ta skończyła się niestety dzień wcześniej. Przy okazji mam nauczkę, żeby za wszelką cenę zawsze mieć pełne bidony wody bowiem zmarnowałem kilka okazji na ich napełnienie… Trasa trudna, kilka stromych podejść, znowu spore ilości powalonych drzew za sprawą przyrody i działalności szacownych drwali. Niebieski na Otrycie dziś okazał się dla mnie testem wytrzymałościowym. Dźwigając rower, na czczo, bez picia docieram do schroniska totalnie wykończony. W chacie wita mnie jak zwykle miła atmosfera, wesoły i uczynny gospodarz. Regeneruję siły obfitym śniadaniem, pochłaniam chyba półtora litra wody i jestem gotowy do dalszej drogi.


Chata Socjologa jest to kolejne miejsce w Bieszczadach, które serdecznie polecam Waszej uwadze. Panuje tutaj szczególna atmosfera
Po śniadaniu i pogawędce z gospodarzem wsiadam na rower i sunę niebieskim szlakiem do Dwernika. Niestety szlak jest zdewastowany przez ciężki sprzęt szacownych drwali, rozjechany do granic nieprzyzwoitości. Jazda jest karkołomna i miejscami prawie niemożliwa.
Trudność 8,5/10
Jeszcze kilka lat temu droga była z łatwością przejezdna i bardzo wygodna. Szkoda.
W Dwerniku sunę niebieskim szlakiem asfaltem w kierunku Berechów Górnych i jakieś 4-5 kilometrów dalej wskakuję na wygodną szutrówkę w kierunku Caryńskiego i schroniska Koliba. Tutaj przesiadam się na żółty szlak prowadzący na Bereżki. Zjazd dość prosty i przyjemny. Plan tego dnia miałem bardzo ambitny, atak na Bukowe Berdo i zjazd żółtym do Mucznego. Z racji dość już późnej pory porzucam plan na rzecz drogi asfaltowej i jadę do Mucznego gdzie wcinam pyszne pierogi regenerując siły, dalej mijam z prędkościa 30km/h Tarnawę Niżną i gnam ile sił w nogach, aby zdążyć przed nocą do Beniowej. Ten dzień obiecałem sobie jest na realizację moich marzeń z przed paru lat. Już dawno temu zaplanowałem nocleg w szałasie w Beniowej przy okazji naginając nieco prawo ;-) Generalnie jednak nie polecam grozi mandatem strażnika parku i pouczeniem od straży granicznej jakowe i ja dostałem. Do Beniowej docieram już po ćmiku po godzinie 21:00 na szczęście doskonale tym razem pamiętam lokalizację schronu. Tymczasem napawam się ogromna frajdą z pobytu w Beniowej, popijam gorącą herbatkę z prądem odpoczywając po sporej trasie. Zdumienie moje wywołuje tylko w nocy dość spory hałas... pociągu. Niestety nie wziąłem pod uwagę faktu iż po ukraińskiej stronie tuż koło naszego parku prowadzi linia kolejowa. Kultowość Bieniowej tym samym nieco w moich oczach osłabła. Na następny dzień planuję poświęcić więcej czasu na eksploracje jednego z piękniejszych zakątków naszych Bieszczadów, który darzę sporym sentymentem.
To był dobry dzień, dystans prawie 60 km świadczy tylko o tym, że powoli rozkręcam się po około 3 letniej przerwie w jeżdżeniu.
W drodze na Caryńskie:




Schronisko Koliba

Widok z Przeł. Przysłyp Caryński na Pasma Bukowego Berda, Tarnicy, Szerokiego Wierchu
PODSUMOWANIE:
- 59km
- Upierdliwość: zjazd niebieskim z Otrytu do Dwernika 7/10
Dzień 5 – Prawie finał
Beniowa – Muczne – Ustrzyki Górne – Bebechy – przełęcz Wyżna pod Wetlińską
Dystans 56km
Dzisiejszy dzień w zasadzie jest powolną koronacją tego wyjazdu, bez szaleństw, bez wyzwań, podróż asfaltem powoli w kierunku Komańczy gdzie czeka na mnie samochód. Tego dnia dość długo jeszcze kluczę w rejonie Beniowej, robię trochę dokumentacji dla siebie i na wrota. Niestety powoli zaczyna odzywać się moja dawna kontuzja przeciążonego na rowerze kolana i pobolewa delikatnie jasno dając do rozumienia, że okres szaleństw mam już za sobą. W drodze do Tarnawy oglądam słynne już torfowiska wysokie.
Beniowa schron oraz kilka ujęć strumienia Sychłowaty






Rzut oka na doline z szutrówki nad Beniową
Tofowiska wysokie w rejonie Tarnawy Niżnej






Jadąć w stronę Tarnawy Niżnej za Kiczerą Sokolicką zbaczam w kierunku granicy Ukraińskiej i robię kilka zdjęć. Podoba mi sie tutaj.



Widok na ukraińską stronę, widać nasi sąsiedzi też lubią wypalać trawy...
Dalej już bez wyzwań ciągnę ile wlezie asfaltem przez Muczne, Ustrzyki, Berechy Górne i kończe maraton na przełęczy Wyżnej koło parkingu przy żółtym szlaku do Chatki Puchatka. Nocuję w namiocie korzystając z gościnności Pana Waldemara, który prowadzi tutaj swoją galerię. Noc początkowo zapowiada się pięknie, ale dość chłodno. Rozbijam namiot i wciągam na siebie wszystkie ciuchy, jakie tylko mam w plecaku ciesząc się po raz pierwszy tego wyjazdu, że jednak wziąłem odpowiedni zapas ubrań… Generalnie dobrze, że dotarłem aż tutaj na przełęcz bo w dolinkach już około godziny 19:00 ziąb był zdecydowanie większy.
Podsumowanie:
- 56km, cały czas asfalt
- Upierdliwość: 0
Dzień 6 - Koronacja
Przełęcz Wyżna – Wetlina – Cisna – Smolnik – Radoszyce
Dysnatns; około 50 – 60 km
Nie będzie relacji, tego dnia jadę już prosto do samochodu cały czas asfaltem. Moim celem jest dotarcie do swojego środka transportu. Koniec przygody z Bieszczadami i powrót do Krakowa. Po drodze tylko jeden rzut oka na rejon Smolnika, kolejnej wsi bieszczadzkiej, która utknęła w czasoprzestrzeni gdzies w okolicy lat 80-tych.



Na zakończenie
Podsumowując wyjazd uważam za bardzo udany. Jest to w zasadzie mój pierwszy wypad rowerowy w Bieszczady. Wcześniej z kolegami z braci rowerowej przemierzaliśmy głównie Beskidy i kilka innych pasm górskich. Z całą pewnością planuję powrót, jest jeszcze bardzo wiele tras, które warto przejechać i odwiedzić. Jak się w ciągu tych pięciu dni zdążyłem przekonać w Bieszczadach istnieje solidnie rozbudowana sieć dróg leśnych, szutrówek i bocznych dróżek zamkniętych dla ruchu samochodowego. Wcześniej nie do końca zdawałem sobie sprawę z ich istnienia wybierając szlaki piesze. Śmiało można planować nawet rodzinne wyjazdy rowerowe. Opis ten przede wszystkim miał pokazać, że można i że warto jechać w Bieszczady na rowerze.
W ciągu tych pięciu dni pękł mi nieomal dystans 300km, nie jest to jakiś wyczyn, ale nie o to tutaj przecież chodzi. Wyjazd ten przede wszystkim miał przynieść mi chwile relaksu, oderwania od codziennych spraw, chwile ukojenia. Cel został osiągnięty. W głowie już świta mi projekt tygodniowego wyjazdu rowerowego na Ukrainę w okolicy czerwca. O ile tylko czas i zdrowie na to pozwolą.
Dziękuję wszystkim za uwagę o ile ktoś w ogóle dobrnął do tego miejsca, przepraszam za ewentualne błędy i literówki w tekscie... ;)


echh.......
Czas już wrócić w Bieszczady. Szlag mnie trafia jak od czasu do czasu napotykam relacje, informacje i inne wzmianki o Bieszczadach. Mógłbym tam mieszkać (gdyby życie było takie proste) - a tak można raz na jakiś czas się pojawić - a od ostatniego czasu upłynęło kilka zim. Pojawiły się mi też małe szkraby ale tak jak Tata mi pokazał Bieszczady jak miałem lat 11 tak i ja podtrzymam tradycję. Czas też wybrać się Tam rowerem...
szkoda tytko, że Bieszczady
szkoda tytko, że Bieszczady coraz bardziej zadeptane, wycięte i zdewastowane przez wypalanie węgla, cięzki sprzęt i rabunek :( To juz nie te góry, które przyszło nam poznać.
gałęzie
W połowie października Roku Pańskiego 2009 spadł śnieg w Bieszczadach, a że na bukach liści sporo jeszcze było to i gałęzie, konary i całe drzewa połamało. Część szlaków turystycznych została uprzątnięta. Zapomniane ścieżki leśne czekają aż przyroda sama złączy gałęzie z glebą, co potrwa jeszcze jakiś czas...
To tylko natura
To boli jak widzi się nadmiernie wycinane lasy , ale co mają powiedzieć Słowacy, którzy w ciągu kilku godzin pozbyli się tysiący hektarów świerka podczas wichury w Wysokich Tatrach.
Przez słowackie Tatry 19 listopada 2004 roku przeszła potężna wichura. Przez kilka godzin wiał z prędkością ponad 170 km na godzinę. Wichura powaliła na swej drodze drzewa iglaste o łącznej kubaturze co najmniej 2,5 mln metrów sześciennych - co odpowiada 90 procentom ich rocznego krajowego wyrębu. Odtworzenie drzewostanu potrwa 5-7 lat. Zniszczony został las w pasie od Podbańskiej do Ździaru, a szczególnie w rejonie Vysoké Tatry.
Widziałem to po roku. Dalej przy szosach zalegały ogromne ilości drewna do wywózki. To była tragedia dla lasów i przy okazji staniały meble w Europie.
Tak mi wspominał ktoś na
Tak mi wspominał ktoś na szlaku. Najwyraźniej to pozostałości po tej klęsce. Jednak sporo drzew nawet na tych nieco bardziej popularnych szlakach została jednak nie ruszona. Być może to jakieś nowsze drzewa ale jest ich sporo.
Październikowa klęska śniegowa w 2009
Witam
Ta październikowa klęska śniegowa w 2009 wyglądała tak:
http://tiny.pl/hmz1r
(patrz ostatnie 30 zdjęć)
Pozdr. :-)
No wreszcie coś rowerowego
jw. :o)
Klimaty jak zwykle ekstra.
zajac
Piękne!
Tyle w zasadzie ;)